Styczeń jest miesiącem, w którym wiele grup przedstawia jasełka, czyli artystyczną
wizję narodzenia Jezusa Chrystusa. Także i my już sześć razy przygotowywaliśmy i
wystawialiśmy "Jasełka wspólnotowe". Sceptyków, którzy uważają, że takie
przedsięwzięcia mogą się nie udać jest na świecie z pewnością wielu,
lecz w naszej wspólnocie chyba nie ma ani jednego. Nawet, jeśli komuś z nas wizję
przedstawienia przesłaniały jakieś trudności, to były one rozwiewane przez niesamowite
zaangażowanie i wiarę w sukces naszego serca wspólnoty, czyli osób niepełnosprawnych.
To właśnie one pokazywały, że nie należy się krępować i patrzeć na to jak nas inni
ocenią, że należy być sobą. Patrząc na ich naturalność i spontaniczność
nabieraliśmy się sił do "pracy". Choć trzeba przyznać, że samo wymyślenie
scenariusza i wyreżyserowanie przedstawień niejednokrotnie spędzało sen z powiek,
szczególnie naszej szefowej. Potem niekończące się próby, przygotowanie strojów,
dekoracji... i w końcu można przedstawienie wystawić przed tłumnie zgromadzoną
publicznością, wśród której oprócz członków wspólnoty są także przedstawiciele
władz miasta, sponsorzy, znajomi. Wspaniała gra aktorska całej grupy, była zawsze
nagradzana długimi i gromkimi brawami.
Jednak największą radością i sukcesem
było to, że spędziliśmy dużo czasu razem, wspólnie pracując i bawiąc się.
W kwietniu 2000r podjęliśmy się
przygotowania Misterium Wielkopostnego, które obejrzeli zaproszeni goście
w kaplicy parafialnej. Po raz drugi przedstawiliśmy misterium parafianom z Samina.
Był Chrystus dźwigający krzyż, rzymscy żołnierze, Szymon, płaczące jerozolimskie
niewiasty, Piłat, Piotr...Wszystko jak należy. Nie zapomnieliśmy nawet o piejącym
po trzykroć kogucie (wprawdzie z kasety ale był!!!).
Droga Krzyżowa, to okazja, by
rozważyć rzeczywistość, z którą w sposób szczególny we wspólnotach Wiary i Światła
spotykamy się, a mianowicie nasze ubóstwo. W jakiejś mierze każdy z nas jest ubogim,
upośledzonym, słabym, upadającym. Kilkakrotnie uczestniczyliśmy w nabożeństwie
Drogi Krzyżowej, przygotowywaliśmy rozważania i śpiewy. Szczególną Drogę Krzyżową
przeżywaliśmy podczas wyjazdu do Glotowa zwanego Warmińską Jerozolimą. Wieczorem,
z zapalonymi świecami wędrowaliśmy do kolejnych stacji, łącząc się w modlitwie z
cierpiącym Chrystusem.
Dzień 2 lutego został uznany, już od początku, jako święto Wiary i Światła na całym świecie. Dla wspólnot jest to dzień, który ma "na nowo" przypominać, czym jest Wiara i Światło dla mnie oraz czym jest w Kościele. Ten szczególny dzień w roku jest odnowieniem swojej odpowiedzialności i troski o niesienie przesłań Wiary i Światła, bo wszystko co dobre, co Boże, trzeba troskliwie pielęgnować, utrwalać i podawać dalej. To dobry moment do zamyślenia się nad szczególnym charakterem i przesłaniem Wiary i Światła, zwłaszcza w czasie, gdy orędzie, które niesie Ewangelia staje się w świecie niepopularne i mało atrakcyjne. My również uczestniczymy w tzw. Nabożeństwie światła, które symbolizuje, że zawsze będziemy czerpać moc (wiarę i światło) od samego Chrystusa będącego Światłością świata.
Nasze życie to ciągłe pielgrzymowanie. Czasem dosłownie.
No cóż...jest nas wszędzie pełno.
Dla nas są to pielgrzymki
autobusowe do Gietrzwałdu. Co roku staramy się odwiedzić to Warmińskie
Sanktuarium Maryjne. Jest tam czas na wspólną modlitwę, śpiew, odpoczynek.
Zorganizowaliśmy także pielgrzymkę
autokarową na Jasną Górę. Przed obliczem Matki Bożej Królowej Polski w sobotę
1 maja 2003 r. uczestniczyliśmy we Mszy Świętej i Apelu Jasnogórskim.
Przedstawicielki naszej Wspólnoty: Ania, Justyna, Halina, Asia uczestniczyły w niecodziennym wydarzeniu jakim była Narodowa Pielgrzymka Osób Niepełnosprawnych do Lourdes w sierpniu 2002 roku. Lourdes to kolebka Wiary i Światła.
Wakacje nie są okresem odpoczynku od bycia we wspólnocie. Przeciwnie, to okres wzmożonej pracy. To przecież czas letniego obozu. Już w pierwsze wakacje (rok 1995) chcieliśmy zorganizować własny obóz, choć co prawda nie mieliśmy o tym jakiegokolwiek pojęcia i niestety środków finansowych... Jednak wszystko jest do zrobienia...Cierpliwie czekaliśmy a determinacja była tak ogromna, że udało się!!!
W 1998 r. wyjechaliśmy na pierwszy
historyczny obóz do Pieniężna, gdzie dzięki otwartości ojców Werbistów
spędziliśmy wspaniałe 5 dni i nocy. Świadczyły o tym ciągłe, pełne wrażeń i
ciepła wspomnienia. Przed wyjazdem wszyscy byli pełni obaw. Jak to będzie,
czy sprostamy czekającym nas zadaniom, czy nie wystraszymy się trudności.
Przecież nikt z nas nigdy tak długo nie przebywał z osobami z upośledzeniem
umysłowym. Ale okazało się, że strach ma wielkie oczy i był zupełnie niepotrzebny.
Stałe punkty programowe jednego dnia z życia obozu to: pobudka, modlitwy poranne,
śniadanie, sprzątanie, kawa i herbata (to chyba najbardziej wyczekiwany przez większość
punkt programu),zabawy, obiad, sjesta (bardzo okrojona!!!) , drugie zabawy, kolacja,
pogodny wieczór, modlitwy wieczorne, ale w samym centrum była zawsze wspólna
Msza Święta. Aby w tym wszystkim nie było chaosu mieliśmy dyżury: sprzątanie,
liturgia, zabawy, ....
Szybko upłynął rok czasu od
pierwszego obozu . Znów przyjechaliśmy do Pieniężna i teraz wszystkie
zakamarki były znajome .... Tym razem obóz trwał cały tydzień. Żal było
wracać do domu...
; W wakacje roku 2000 odbył się kolejny obóz tym razem w Przyborowie były to całe dwa tygodnie w górach wspólnie z grupą olsztyńską. Zanim dotarliśmy na miejsce całą noc jechaliśmy pociągiem. Okolica przepiękna, widok na góry... Warunki mieszkaniowe nieco gorsze niż w Pieniężnie, tu naszym domem stała się miejscowa szkoła , gdzie największym utrudnieniem wcale nie były schody lecz łazienki, do których dostanie się graniczyło często z cudem, co było dla niektórych pretekstem do zrobienia sobie "dnia dziecka". Za to na jedzenie nie narzekał chyba nikt, bo kto ośmieliłby się szemrać na kulinarne wymysły samego kanclerza olsztyńskiej kurii diecezjalnej. W centrum każdego dnia była Eucharystia w miejscowym kościele. To pierwszy obóz, na którym był z nami nasz kapelan O. Grzegorz i gromadka braci postulantów, którzy spisali się na medal!!! Były wyjazdy do Krakowa i Zakopanego, wyprawa do kapliczki św. Anny, kąpiele w pobliskiej rzece (zimna woda nikogo nie odstraszała...), spacery, nieodłączny na każdym obozie chrzest nowych uczestników, dyskoteki, pogodne wieczory. Poddani próbom pokory i cierpliwości, z nowymi doświadczeniami i przeżyciami wróciliśmy do Ostródy, by zacząć codzienną rzeczywistość, która tak jak i obóz ma nas prowadzić do nieba.
W roku 2001 pojechaliśmy na obóz do
MIŁKOWA koło Karpacza. Trochę przerażająca była wizja przesiadki we Wrocławiu,
ale poszła sprawnie i bezboleśnie. Cali i zdrowi, choć zmęczeni całodzienną podróżą
dotarliśmy na urocze miejsce. Wszystkim od razu przypadły do gustu piętrowe łóżka
i kolorowa pościel. Cały pobyt w Miłkowie to nieustanne "świętowanie", radość z
każdego wspólnie spędzonego dnia, miła atmosfera (nawet nazwa miejscowości pasuje),
wszystko to sprawiło, że ten obóz śmiało możemy uznać za najlepszy!!!!!!!!!!!
Wszystko składało się na wspaniałą atmosferę. Była wyprawa w góry z prawdziwym
przewodnikiem, wejście na Chojnik, które w ostateczności potwierdziło, że nie ma
dla nas rzeczy nieosiągalnych, zwiedzanie muzeum ornitologicznego,
podchody po których każdy otrzymał medal, kąpiel w przydomowym basenie,
ogniska (oczywiście z kiełbaskami), dyskoteki, konkursy i zabawy oraz mnóstwo
innych wesołych wydarzeń, jak na każdym obozie był chrzest początkujących
obozowiczów, na który przybył sam Janosik. Najpiękniejsze było to, że każdy
dzień przynosił coś nowego. Każdy dzień zbliżał wszystkich do siebie, ukazywał
całe dobro i piękno serca każdego z nas.
Okazało się, że każdy posiada "coś",
czego nie ma nikt więcej i to "coś" każdy chciał przekazywać innym.
Nie starczyłoby nawet miesiąca, żeby nasycić się tym szczęściem, którego
doznawało się na obozie w Miłkowie. Żal było wracać. Na pożegnalnym wieczorze
wszyscy byli bardzo wzruszeni, nawet nasi panowie nie ukrywali łez.
Kolejne wakacje naszej działalności
rok 2002 to obóz w rodzinnych stronach O. Grzegorza - w Tuchomiu na Kaszubach.
Po drodze zahaczyliśmy o wzgórze katedralne we Fromborku. Wszyscy bez wyjątku
podziwialiśmy z wieży widok na Zalew Wiślany. Wzbudzaliśmy ogólny podziw gdyż
wszyscy byliśmy w jednakowych, żółtych koszulkach. A w Tuchomiu czekała nas
niespodzianka, bo oto tym razem, dla odmiany zamieszkaliśmy w domkach campingowych.
Obok była stajnia i konie. Poczuliśmy się trochę jak w ulubionych przez nas
Smolajnach. Kolejna niespodzianka, bardzo miła, to śliczna stołówka i pięknie
podane posiłki. ( jak w renomowanej restauracji). Tradycyjnie stałymi punktami
dnia była wspólna Msza Św., poranna kawa i herbata, zabawy, olimpiada sportowa,
dyskoteki, ..... Tym razem na chrzest nowych uczestników przybył Rumcajs wraz z
kontuzjowaną żoną i dziwnie przerośniętym synkiem Cypiskiem. Tradycyjnie
już w obozie uczestniczyli też bracia postulanci.
Kolejny obóz, kolejne
wspólne doświadczenia... były okazją do jeszcze lepszego poznania się nawzajem.
W 2003 roku na obóz pojechaliśmy do Smolajn. Dzięki otwartości pana dyrektora tamtejszej szkoły rolniczej ......... możemy gościć w Smolajnach corocznie, znamy to miejsce bardzo dobrze i czujemy się jak w domu. Największą atrakcją są wtedy konie i osioł Igor. Jest to urocze miejsce, w którym każdego roku spędzamy jeden weekend majowy, tym razem przybyliśmy na dłużej. Piękne mała kapliczka, czy też urocza polana nad stawem to miejsce naszych codziennych Mszy Świętych. Każdego dnia mieliśmy możliwość jazdy na koniach, czy też bryczce, byliśmy na wycieczce w Świętej Lipce, a stałe punkty obozów przebiegły bez zakłóceń i tak tym razem o.Grzegorz na czas chrztu nowych obozowiczów został piratem. Każdy z nas każdego roku czeka na dłuższy lub krótszy wyjazd do Smolan.
Obóz w roku 2004, tym razem
"pognało" nas w samo serce dzikich Bieszczad, do Cisnej, gdzie w Ośrodku
Wypoczynkowym "Wołosań" spędziliśmy 2 tygodnie. Po prawie 20 godzinnej
podróży zbawiennym okazał się fakt istnienia łazienek w pokojach, takich
luksusów nie doświadczyliśmy nigdy wcześniej. Docenili to nawet amatorzy
wieczornych, "łazienkowo - korytarzowych" pogaduszek.
Z dnia na dzień Bieszczady
odkrywały przed nami swoje piękno. Do najciekawszych niewątpliwie należy
wejście na Połoninę Wetlińską (1228 m. npm.), co praktycznie wydawało się
niemożliwe nawet naszemu przewodnikowi, który niejedno już widział. Kolejny
raz udowodniliśmy, że mniej sprawne nogi i kilka wózków nie są dla nas żadną
przeszkodą. Były również bardziej relaksacyjne wyprawy: do Skansenu w Sanoku
czy podróż bieszczadzką kolejką wąskotorową (sceneria jak w westernie).
W tym roku gościliśmy też Jaskiniowca, który z niewielką pomocą "wtajemniczonych"
osób włączył do grona obozowiczów tych spośród nas, którzy po raz pierwszy mieli
przywilej uczestniczenia w obozie. Nie zabrakło tradycyjnego Dnia Sportu,
który odbył się w sali gimnastycznej i na boisku miejscowej szkoły. Dni szybko
mijały w rytm zabaw, spacerów, wieczornych ognisk, dyskotek i konkursów.
Mówią o Bieszczadach, że są bezkresne
i dzikie. My staraliśmy się je oswoić i chyba nam się udało...
To już ósmy obóz Wspólnoty ,
wakacje roku 2005. Aż trudno wyobrazić sobie wakacje bez wspólnego letniego
wyjazdu, który stanowi pewnego rodzaju zwieńczenie całorocznych spotkań.
Rabka- miejscowość przyjazna zwłaszcza dzieciom, okazała się wymarzonym
miejscem również dla nas. Ośrodek "Kresówka", w którym zamieszkaliśmy to
nie tylko przytulne pokoje, smaczne posiłki, ale również piękny teren
rekreacyjny z placem zabaw, kortem tenisowym i boiskiem do siatkówki,
co staraliśmy się maksymalnie wykorzystać (niektórych gra pochłonęła
do tego stopnia, że potrzebna była pomoc miejscowego ortopedy...).
Z jeszcze większą radością odwiedzaliśmy wesołe miasteczko "Rabkoland",
gdzie pewne karuzele cieszyły się szczególną popularnością (w myśl zasady:
im mocniej trzęsie i szybciej kręci tym lepiej). Niewątpliwą atrakcją był
wieczór, kiedy przed domem stanęła ścianka wspinaczkowa, chętnych do wejścia
oczywiście nie zabrakło.
Dzięki hojności sponsorów mieliśmy
w tym roku możliwość odbycia całej masy autokarowych wycieczek m.in. do
Zakopanego, Krakowa, Kalwarii Zebrzydowskiej, Wadowic, Wisły i w Pieniny -
czyli w miejsca, których nikomu reklamować nie trzeba.
Każdy dzień obozu rozpoczynaliśmy
i kończyliśmy wspólną modlitwą dziękując Panu Bogu za dar wspólnoty i czas,
który został nam ofiarowany, by się wzajemnie ubogacać.